sobota, 3 grudnia 2016

Księga Gier - nie bój się wyzwań x]


Wpadła mi ostatnio w ręce Księga Gier. Mimo, że oczywiście teraz królują gry komputerowe, jednak one wszystkie u podstaw mają zasady z gier powstałych wiele wieków temu. Myślę, że warto się z nimi zapoznać,chociażby dla ich historii bo jest to jednak jakieś dziedzictwo. Na pewno znacie wiele z nich, może w różnych wersjach, nie wiedząc nawet że pochodzą z czasów antycznych [zazwyczaj są to gry karciane, kości czy chociażby Tryktrak lub Mah Jong.

Gry od zawsze towarzyszyły ludziom, umilając im czas oraz rozwijając relacje interpersonalne oraz zdolność logicznego myślenia. Innym słowem, są one bardziej wymagające bo zmuszają do myślenia a nie tylko klikania myszką x]
Myślę, że ten argument będzie odebrany na plus dla ludzi z ambicjami, którzy nie boją się wyzwań i cenią sobie dobrze i ciekawie spędzić czas w towarzystwie.

Tylko spróbujcie poczuć ten klimat...mnie się one od razu kojarzą z towarzystwem przy okrągłym stole, pod krawatem, z cygarem w dłoni i whisky przy drugiej dłoni trzymającej talię kart x]
Ale i teraz potrafi być klimatycznie, zwłaszcza w barach które same oferują zestaw gier [wiadomo które miejsce mam na myśli x)]; także imprezy urodzinowe, ostatki czy sylwester można urządzić w stylu Monte Carlo czy Las Vegas - na pewno gwarantuje to dobrą zabawę.

Dla pogłębienia tematu, podrzucę kilka gier z różnych kategorii opisanych w tej [jak dla mnie genialnej] książce;
może akurat ktoś się skusi aby którąś wypróbować na swoich znajomych x]

I. Lubię - nie lubię
Liczba graczy: 6 lub więcej, dobrze by było gdyby gracze dobrze się znali
Rekwizyty: kartka papieru i coś do pisania dla każdego

1. Jest to gra głównie dla grupy znajomych. Każdy z graczy sporządza na kartce papieru listę pięciu rzeczy, które lubi, i pięciu których nie lubi - lista taka może zawierać prawie wszystko.

2. Gracze składają kartki z zapisanymi listami, po czym jedna osoba zabiera je i czyta po kolei punkt po punkcie, podczas gdy pozostali muszą odgadnąć, czyja jest to lista.

3. Jeśli każdy z graczy jest wam dobrze znany, pamiętajcie, że inni gracze również znają dobrze was, dlatego starajcie się umieścić na swojej liście mniej oczywiste rzeczy.
 


II. Mord w ciemnościach
Liczba graczy: żeby atmosfera była naprawdę straszna, najlepiej 8 lub więcej
Rekwizyty: papier i ołówek oraz ciemny dom ;)

1. Należy podrzeć kartkę papieru na tyle kawałków, ilu jest graczy. Na jednym z kawałków piszemy "X" oznaczający "mordercę", a na innym "D" oznaczające "detektywa". (Pozostałe kawałki papieru są czyste). Każdy z graczy losuje dla siebie jeden z kawałków papieru, które umieszczone są w kapeluszu. "Morderca" (czyli gracz, który wylosował karteczkę z "X") nie może ujawniać swojej tożsamości, natomiast "detektyw" (który wylosował karteczkę z "D") informuje wszystkich graczy kim jest.

2. Teraz gasimy światła w całym domu ;]

3. Są dwa warianty dalszej gry. Jedne zasady mówią, że detektyw zostaje w pokoju, w którym rozpoczęto grę, a wszyscy inni chowają się po całym domu.
Według innych reguł to detektyw opuszcza pokój, natomiast inni gracze pozostają na swoich miejscach.

4. Bez względu na to, którą możliwość wybierzemy, kolejnym krokiem mordercy jest wybranie "ofiary", której mówi na ucho "nie żyjesz". Wtedy ofiara powinna krzyknąć z przerażenia i "paść trupem" tam, gdzie się w danej chwili znajduje.

5. Kiedy pozostali uczestnicy usłyszą krzyk, stają nieruchomo, poza detektywem, który w tym czasie zapala z powrotem wszystkie światła w domu. Detektyw znajduje "ciało" i lokalizuje poszczególnych "podejrzanych".

6. Teraz każdy zostaje przesłuchany przez detektywa. Należy odpowiadać zgodnie z prawdą, tylko morderca może kłamać, lecz kiedy detektyw odgadnie, że właśnie on jest mordercą, wówczas morderca musi się przyznać.

7. Po zebraniu wszystkich "dowodów" i przepytaniu wszystkich "świadków" bądź "podejrzanych" detektyw ma prawo zgadywać dwa razy, który z graczy jest mordercą.



III. Sardynki
Liczba graczy: 4 lub więcej
Rekwizyty: nic szczególnego, poza domem z dużą ilością kątów i zakamarków

1. Jest to inna wersja jednej z najstarszych gier - w chowanego. Na początek wybiera się osobę która ma się pierwsza schować.

2. Po tym jak wybrana osoba opuści pokój, ma zazwyczaj 5 minut, żeby znaleźć odpowiednie miejsce na kryjówkę, zanim pozostali gracze rozejdą się i zaczną jej szukać. Bardzo ważne jest, żeby pierwsza osoba, która się chowa, znalazła takie miejsce, gdzie wszyscy pozostali gracze mogliby do niej dołączyć i razem się ukryć - stąd nazwa gry "Sardynki".

3. Pierwszy gracz, który odnalazł ukrywającą się osobę, czeka aż inni szukający znikną mu z pola widzenia i wtedy dołącza do schowanego, nie mówiąc słowa pozostałym.

4. Obydwaj chowający się gracze czekają cichutko na następną osobę, która do nich dołączy, i tak dalej, dopóki wszyscy poza ostatnim graczem się nie schowają. [Już słyszę ten chichot dobiegający z szafy ;) ].

5. Ostatni gracz, który odnajdzie kryjówkę, jest następną sardynką.



IV. Mała Kawa
Liczba graczy: można od 2 ale najlepiej 4 lub 6
 Rekwizyty: niepotrzebne

1. Jeden z graczy wybiera czasownik, np "spacerować" lub "latać", po czym stara się ułożyć zdanie z tym wyrazem, ale zamiast niego używa wyrażenia "Mała Kawa". Dla czasownika "spacerować" możemy ułożyć zdanie typu: "Chciałem pójść wczoraj na małą kawę, ale padało".

2. Pozostali gracze starają się odgadnąć, o jaki czasownik chodzi, i ten, komu się to uda, ma prawo do prowadzenia następnej gry. Jeśli nikomu nie uda się odgadnąć szukanego wyrazu za pierwszym razem, gracze zadają dodatkowe pytania w stylu: "Czy twoja siostra lubi małą kawę", "Czy ja mogę małą kawę?", "Czy ty codziennie małą kawę?" itp.

3. Jeśli nikt nie odgadnie szukanego słowa w ciągu dwóch dodatkowych kolejek [względnie jednej jeśli w grze uczestniczy więcej osób], osoba, która wymyśliła tajemniczy czasownik dostaje punkt, po czym następny gracz wymyśla nową "Małą Kawę".



V. Kulki
Liczba graczy: 2-6
Rekwizyty: po 6 kulek dla każdego, kreda

1. Kiedyś kulki wykonywało się z kolorowego szkła, ale dziś zazwyczaj robi się je z plastiku. Przyjęło się, że stawką w grze są właśnie kulki, więc można je przegrywać i odzyskiwać cały czas. Dobrze więc dokładnie ustalić zasady przed każdą grą.

2. Gracze wybierają względnie równą powierzchnię i zaznaczają na niej krąg o średnicy 2,5 metra. Kulki ustawia się na obwodzie kręgu, zachowując w miarę równe odstępy. W odległości 1,8 - 2 metrów od kręgu rysuje się linię "strzelecką". Z niej się rzuca.

3. Kazdy gracz bierze kulę zwaną "bombą" i puszcza ją po ziemi w stronę kręgu, aby zdecydować o kolejności gry. Gracz, którego kula doleci najbliżej środka kręgu - zaczyna grę.

4. Pierwszy grający przyklęka za linią [kolana nie musza dotykać ziemi]. Ma za zadanie uderzyć w jedną z kulek leżących na kręgu z taką  siłą, by obydwie - bomba i kulka z okręgu - wytoczyły się poza krąg. Jeśli tak się stanie, gracz wygrywa kulkę i ma następną kolejkę. Jeśli jednak mu się nie uda, wówczas kolejkę ma następny zawodnik, a kulka wraca na swoje miejsce na obwodzie kręgu.

5. Gra kończy się, gdy nie ma już kulek na okręgu, a wygrywa ten, kto zdobył najwięcej kulek.

Mam nadzieję, że dobór gier się podobał. Miłej zabawy! x]

środa, 16 listopada 2016

Zagubieni w swoich głowach


Wczoraj miałam przyjemność obejrzeć film Petra Zelenki.
Przyznaję od razu, że nie mam kontaktu z czeskimi filmami zbyt często, a właściwie prawie wcale, więc trudno mi powiedzieć, jak wypada na tle innych filmów tego typu.
Nazwisko reżysera jest mi oczywiście znane, dlatego postanowiłam dać się zaskoczyć.

Film opowiada o Pavle, dziennikarzu przechodzącym kryzys wieku średniego. Szukając tematu do artykułu, trafia on na nietypową konferencję prasową, na której mają zostać ujawnione sekrety niechlubnej konferencji monachijskiej. W 1938 roku doszło do spotkania Édouarda Daladiera, Nevilla Chamberlaina, Adolfa Hitlera i  Benito Mussoliniego, na którym zadecydowano o losach Czechosłowacji – bez udziału Czechów. Przywódcy nie mieli jednak świadomości, że świadkiem ich potajemnych ustaleń była należąca do premiera Francji… papuga. Choć trudno w to uwierzyć, papuga nadal żyje i ma się dobrze. Do tego nie tylko doskonale zapamiętała kompromitujące rozmowy właściciela, ale również potrafi je powtórzyć. Pavel, pod wpływem impulsu – przeczuwając, że może to być medialna sensacja na skalę światową – wykrada papugę Daladiera, by wkrótce znaleźć się w sercu wielkiego politycznego skandalu.

W moim odczuciu film miał pokazać wciąż obecny stosunek Czechów do tego kawałka ich historii oraz jednocześnie zakłamanie takiej postawy; jak i chętne kreowanie się na ofiarę [co jest też myślę widoczne i u nas] co zostaje zdemaskowane jako źródło do uzyskania swoich korzyści. Jednocześnie jest to film który poprzez humor rozprawia się z kompleksami Czechów oraz powstającymi i krążącymi wszędzie interpretacjami wydarzeń historycznych czy też mitów historycznych. Ale poczucie humoru jak i nagły zwrot akcji łagodzi to wszystko i pozwala spojrzeć na temat z ironią. Chodziło wydaje mi się także o podejście z większą ostrożnością do postrzegania świata wokół siebie. Myślę też, że niejeden widz, a może nawet sam reżyser chętnie zobaczyłby naszą własną wersję - zagubionych w naszej polskiej historii. Tylko czy i nas byłoby stać na sarkazm oraz poczucie humoru rodem z filmów Zelenki?

A film oczywiście polecam x]




pomocne strony:
http://www.filmweb.pl/reviews/Lekcja+podejrzliwo%C5%9Bci-19250
http://muranow.gutekfilm.pl/film/zagubieni/
http://wizerunekkobiety.pl/ciekawe-filmy-recenzje-opinie/zagubieni-2015-czeska-komedia-petr-zelenka-historia-z-gadajaca-papuga-recenzja-filmu/

poniedziałek, 31 października 2016

Oto obchodzimy Dziady!

"Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, Co to będzie, co to będzie?"
 
Dziady to słowiańskie święto obchodzone w nocy z 31 października na 1 listopada. Jest to szczególny i magiczny czas, gdy styka się świat żywych i umarłych. To wtedy też nawiązujemy relacje z duszami przodków, którzy powracają do dawnych siedzib za czasów swojego życia. Zapewniając im przychylność, jednocześnie wskazujemy zagubionymi duszom drogę powrotną w zaświaty.

Nazwa dziady używana była w gwarach ludowych na terenie Białorusi, Polesia, Rosji, Ukrainy i różnych terenach przygranicznych. Inne regiony mogły mieć inne nazwy na poszczególne obrzędy, np. pominki, przewody, radecznica, zaduszki. Etymologicznie rzecz biorąc, dziad to po prostu bezimienny przodek. Dziady swą nazwę zawdzięczają zatem temu, że była to pora, w której wspomniane dziady wracały na ten świat, do swych dawnych domostw, po to by nawiedzić swoją rodzinę.

Pokarmy dla przodków, źródło: vkontakte.com
W tradycji słowiańskiej szacunek przodkom oddawano nawet do sześciu razy w ciągu roku. Największe obchody przypadały jednak na wiosnę oraz jesień, przez co zwykło mówić się o Dziadach wiosennych i jesiennych.

Ich przychylność było można zapewnić sobie odpowiednim jadłem i piciem, tzw. strawą, np. miodem, kaszą, chlebem, solą, jajkami bądź kutią. Tego typu ucztowanie odbywać się mogło w domach lub na cmentarzach – bezpośrednio na grobach zmarłych. Powszechne było świadome upuszczanie jadła i wylewanie trunków na mogiły, tak by wędrujące dusze mogły się tym posilić.

Podczas obchodów Dziadów zabraniało się wykonywania praktyk, które mogłyby skrzywdzić duszę: nie wstawało się głośno od stołu, nie sprzątało się resztek jedzenia, nie wylewało się wody po myciu przez okno, nie palono w piecu i nie szyto.

Z powrotem w rodzinne strony dziadów wiązały się wierzenia na temat opiekuńczych duchów domowych, np. wschodniosłowiańskich domowików oraz południowosłowiańskich stopanów. Należy pamiętać o tym, że wedle naszych praojców tymi dobrymi demonami stawali się właśnie przodkowie rodowi, którzy przy okazji swego powrotu na doczesny świat czasem zatrzymywali się w rodzinnych stronach na dłużej, decydując się wspomagać swój ród w codziennych obowiązkach.


Podczas praktykowania Dziadów dbano również o to, by wędrujące dusze miały możliwość wykąpania się i ogrzania,
W tym celu przygotowywano specjalne sauny, a także rozpalano przy grobach i na rozstajach dróg ogniska. Rozpalanie ognia pełniło też dodatkową funkcję – pomagało wędrującej duszy dotrzeć do bliskich, gdyż bez tego mogłaby zabłądzić w ciemności. Te same ognie wskazywały jej również drogę powrotną do Nawii. Ogień pełnił także funkcję ochronną – uniemożliwiał wyjście na świat demonom, które w wierzeniach słowiańskich powstawały ze zbłąkanych dusz należących do ludzi zmarłych nagłą śmiercią (np. w połogu, poprzez utonięcie lub też samobójstwo).

Niemały wpływ na uroczystości związane z obchodem Święta Przodków mieli wędrowni żebracy, nieprzypadkowo nazywani dziadami. W owych nędzarzach dopatrywano się czasem medium, z pomocą którego można nawiązać kontakt z tamtym światem. Czasem wierzono nawet, że to sami przodkowie pod postacią żebraków nawiedzali swoje domostwa. Z tego powodu dawniej w okolicach świąt nędzarzom powszechnie okazywano hojność, obsypywano ich datkami z jadła bądź innych dóbr materialnych.

Maski tzw. Karaboszki, fot. RKP
Do ochrony przed niechcianymi spotkaniami z nieprzyjaznymi duszami używano też masek tzw. karaboszki. Były wykonane z drewna, które rozstawiano dookoła miejsca sprawowania dziadowych obrzędów, a także zasłaniając twarz. Tego typu rytualne maski były znane w Opolu czy na Rusi. 
W pewnych regionach Polski, np. na Podhalu w miejscu czyjejś gwałtownej śmierci każdy przechodzący miał obowiązek rzucić gałązkę na stos, który następnie co roku palono.

Dzisiejsze obchody dawnych Dziadów są niszowe jest to spowodowane mniejszą wiedzą na temat, a także brakiem promocji i reklam jak w przypadku Halloween. Mimo to, wciąż w niektórych regionach wschodniej Polski, na Białorusi, Ukrainie i części Rosji kultywowane jest wciąż wynoszenie na groby zmarłych symbolicznego jadła w dwójniakach. W Krakowie co roku odbywa się tradycyjne Święto Rękawki (Rękawka), bezpośrednio związane z pradawnym zwyczajem wiosennego święta przodków. Dziady kultywuje też większość współczesnych słowiańskich ruchów rodzimowierczych, zwykle pod nazwą Święta Przodków. Powoli, ale jednak wraca moda na kultywowanie dawnych tradycji.
 
 
http://lamus-dworski.tumblr.com/post/101365262667/dziady-zaduszki-pominki-remnants-of-an
 

sobota, 9 lipca 2016

Flamenco


FLAMENCO

Flamenco to bez wątpienia najważniejsze zjawisko w muzyce i kulturze Hiszpanii, a zarazem najbardziej określone w tym sensie, że duże znaczenie ma w nim przynależność rasowa (Cyganie/ nie – Cyganie). Mapa flamenco pokrywa część Madrytu, Estremadury i Lewantu, choć ten gatunek muzyczny związany jest przede wszystkim z Andaluzją. O miejsce i sposób narodzin flamenco toczą spór Sewilla i Kadyks, najważniejszy ośrodek tej muzyki. W każdym razie reguły flamenco powstały w XIXw., a klasyczny repertuar obejmuje ponad 60 pieśni i tańców. Są wśród nich zarówno utwory solowe, jak i dla większej liczby wykonawców, z towarzyszeniem instrumentalnym oraz a cappella. Wyrażają one prawie zawsze uczucia smutku i cierpienia.
Obecnie występuje kilku dobrych śpiewaków i fantastycznych gitarzystów, a choć przemysł fonograficzny nie zwraca na nich zbytniej uwagi, można kupić albumy zarówno dawniejszych mistrzów, jak i wykonawców współczesnych. Tych pierwszych spotyka się w wielu antologiach flamenco i na osobnych płytach.


Do współczesnych gitarzystów należą przede wszystkim Paco de Lucía, Manolo Sanlúcar, Habichuelas, Tomatito, Paco Cepero, Gerardo Núñez, Enrique de Melchor, Vicente Amigo i Rafael Riqueni.

Wśród śpiewaków najważniejszą i najpopularniejszą postacią ostatnich lat był zmarły w 1992 r. Camerón de la Isla. Poniósł on cante jondo , wiruozowski „głęboki śpiew”do rangi nowej sztuki. Towarzyszył mu Paco de Lucía, a później Tomatito. Inni wokaliści na których należy zwrócić uwagę to m.in.: Enrique Morente, El Cabrero, Juan Peña El Lebrijano, Sorderas, Fosforito, José Menese, Carmen Linares oraz Fernanda i Bernarda de Utera. Nie należy też zapominać o tancerzach, których sztuka stanowi ważny element kultury flamenco. Czołowymi postaciami są tu: Antonio Gades i Cristina Hoyos, gwiazdy z Krwawego wesela i Czarodziejskiej miłości Carlosa Saury, choć madrycka szkoła flamenco wydała dziesiątki równie wspaniałych artystów.
Najsłynniejszym spośród muzyków flamenco jest Paco de Lucía, który pod koniec lat 70. nadał tej sztuce zupełnie nowe brzmienie, zapożyczając elementy i instrumenty jazzowe, co wywołało oburzenie purystów.W latach 80. dołączyli do niego inni nowatorzy. Lolé i Manuel odnieśli wielki sukces unowocześniając brzmienie flamenco i poszerzając klasyczny repertuar o nowe, oryginalne pieśni. Jorge Pardo, podobnie jak Paco de Lucía, zwrócił się w stronę jazzu. Salvador Tavora i Mario Maya wystawili spektakle z wykorzystaniem motywów flamenco, a Enrique Morente i Juan Peña El Lebrijano współpracowali z orkiestrami andaluzyjskimi z Maroka, wykazując mało oryginalną jednolitość stylistyczną.


Pojawiały się również elementy rocka i bluesa. Zespoły Ketama i Pata Negra są prekursorami nuevo flamenco, odmiany która pojawiła się w latach 90., kojarzącej się przede wszystkim z wytwórnią Nuevos Medios i madryckim klubem Revolver. Najciekawsze zespoły i wokaliści tego stylu to m.in. La Barbería del Sur (u których pobrzmiewają elementy salsy), Aurora (z dodatkiem rumby), Wili Giménez i Raimundo Amador. Radio Tarifa to trzech intrygujących muzyków z Andaluzji, łączacych brzmienie flamenco z muzyką arabską i pop.


źródło: praktyczny przewodnik, Hiszpania część wschodnia, wyd. Pascal.

piątek, 13 maja 2016

co wiesz o Korridzie? - świetliste kostiumy



Na uwagę zasługują ubiory uczestników korridy (trajes de luz), słynne "świetliste kostiumy", niemal identyczne jak dwieście lat temu, czyli wczasach wielkiego Francisco Romero, który nie tylko pierwszy nosił taki strój, ale również po raz pierwszy użył mulety podczas korridy pieszej. 
 
Cała cuadrilla ubrana jest w krótkie kolorowe kurtki, chaquetille -w tradycyjne wzory, z szerokimi epoletami (hombreras) na ramionach, bogato szamerowane złotem, często przechodzące z ojca na syna. Pod nimi wszyscy noszą białe koszule z krawatami i kamizelki (chaleco). 




 
 


Biodra obwiązują szerokimi pasami. Na nogach noszą obcisłe satynowe spodnie (taleguillas), zapinane pod kolanami, różowe pończochy i czarne pantofle (zapatille). 






Wszyscy na głowach mają montery - czarne głębokie berety z dwoma rogami. Tylko wyjątkowo torreadorzy ubierają się w ludowy andaluzyjski strój camperę lub, jak podczas portugalskiej korridy konnej, noszą eleganckie fraki i sombrera. 

Cena całości (torreadorzy mają zwykle kilka kompletów trajes de luz) wraz z dobrej jakości kapami, muletami i bronią, na przykład ze szpadami z warsztatów słynnego de Luny, osiągają cenę kilku tysięcy euro. 



Charakterystycznym ubiorem na scenie wyróżniają się pikadorzy. Noszą filcowe tradycyjne castoreños - płytkie, zapięte pod brodą kapelusze z szerokim rondem. Ubrani są w krótkie, bogato wyszywane kurtki i zapinane pod kolanami na guziki skórzane luźne spodnie.
Ich łydki chronią skórzane getry, a dodatkowo prawą nogę ochrania stalowy pancerz, podobny do tych, jakie nosili średniowieczni rycerze. Zabezpieczeniem prawej stopy, szczególnie narażonej na atak byka, jest wielkie stalowe strzemię. 

Monos i areneros noszą zwykle skórzane wysokie buty, białe koszule z zawiązanymi pod szyją kokardami lub chustami i czapki na głowach, choć w ich przypadku stroje odznaczają się większą dowolnością. 


źródła:
 Korrida. Taniec i krew. Janusz Kasza
taurotrainer.com
http://el7set.com/not/9504/manuel_franch_pasea_sus_chaquetillas_por_peniscola 
zaidamoreno.weebly.com
www.britannica.com 

piątek, 29 kwietnia 2016

co wiesz o Korridzie? - alternative, confirmation i paseo

 Alternative i confirmation

Arena w Madrycie jest jedną z dwóch na świecie, gdzie młodzi adepci korridy mogą potwierdzić swoją odwagę i decyzję wyboru zawodu torreadora podczas ceremonii nazywanej confirmation. 
By móc walczyć jak prawdziwi matadorzy, chłopcy muszą mieć za sobą przynajmniej dwa lata walk w novillas i odbyć swego rodzaju chrzest, jakim jest dla nich alternative - pokaz sztuki walki, techniki i elegancji. Świeżo upieczony matador bierze udział w ceremonii w obecności dwóch innych doświadczonych matadorów, którzy w ten sposób dokonują symbolicznego przyjęcia adepta do kręgu zawodowców. Jeden z nich jest "chrzestnym", a drugi świadkiem ceremonii. Z rąk pierwszego novillero otrzymuje szpadę i muletę, a jego walka zwykle rozpoczyna korridę. Biorą w niej udział byki w wieku od czterech do sześciu lat. Jeżeli alternative jest rodzajem chrztu na arenie, to confirmation jest jak gdyby bierzmowaniem, podczas którego młody matador świadomie potwierdza swoją wolę życia na granicy śmierci. Według niektórych ceremonie te mają wiele wspólnego z pasowaniem na rycerza.

 Paseo

 Na arenie wyraźnie wyczuwa się atmosferę napięcia wzmaganą przez dobiegający od strony wyjścia na arenę gwar publiczności. Wszyscy z uwagą spoglądają w niebo, sprawdzając, czy przypadkiem nie będzie padało. Deszcz zmieniłby arenę w ślizgawkę, zagrażając nie tylko jakości widowiska, ale przede wszystkim stwarzając niebezpieczeństwo dla jego uczestników. Również wiatr nie sprzyja kontrolowaniu kapy i mulety. Torreadorzy poprawiają stroje, unikając wzroku pozostałych uczestników korridy. W swoim gronie nie muszą ukrywać strachu przed hipnotyzującą próżnią areny. Wszyscy ustawiają się w paradny szyk. Torreadorzy składają sobie tradycyjne życznia:
- Que Dios reparta suerta para todos!*
 Torreadorzy żegnają się lub kreślą butem na piasku znak krzyża. Na znak dany przez prezydenta technicznego białą chusteczką otwierane są wrota patio de caballos i przy dźwiękach arii na ograniczony czerwonymi bandami barrery owal ruedo wychodzą na arenę wszyscy uczestnicy korriody.
Na początku tej barwnej defilady na wspaniałych koniach wjeżdżają w strojach policji z czasów Filipa II pomocnicy prezydencji - alguacilowie. Na ramionach mają długie czarne peleryny ze śnieżnobiałymi kołnierzami, a na głowach piękne kapelusze z pióropuszami. Dosiadają andaluzyjskich koni, których nawet nie trzeba prowadzić wodzami - same tańczą w rytm muzyki i oklasków aficionados. Alguacilowie podjeżdżają powoli do trybuny prezydencji, by po otrzymaniu zgody na rozpoczęcie walki powrócić do oczekujących uczestników korridy i przekazać im decyzję.

Rzymskim zwyczajem cuadrille maszerują rzędami ze swoimi diestros. Za jadącymi na koniach sędziami defilują ze starannie zwiniętymi paradnymi kapami [capote de paseo] na ramionach matadorzy ustawieni według starszeństwa. Pierwszy z lewej strony idzie zwykle matador, który najwcześniej odbył swoją alternative na arenach Madrytu, a trójka jego towarzyszy podąża za nim. Ten, który walczy na danej arenie po raz pierwszy, zamiast na głowie trzyma swoją monterę w ręce. Za torreadorami wjeżdżają na ciężkich koniach zasepieni, schowani pod szerokimi kapeluszami pikadorzy, kłując niebo długimi pikami. Dalej ich pomocnicy, monosabios, ubrani w tradycyjne czerwone kurtki i granatowe spodnie. Na końcu powoli jadą arrastres -zaprzęgi mułów ze strzelającymi z batów poganiaczami. Cały ten barwny korowód zamykają pracownicy obsługi areny - areneros, którzy ubrani są w białe koszule, a na głowach w zależności od regionu noszą baskijskie berety lub czapki wojskowe.Wszyscy podchodzą pod trybunę, gdzie na balkonie [palco] zasiada prezydencja korridy, by ukłonić się głównemu sędziemu i jego gościom. Następnie rozchodzą się na boki i idą wzdłuż trybun, pozdrawiając widzów.
W callejónie zajmują miejsca pozostali członkowie ekip: mozo de espada - przyboczny matadora opiekujący się jego bronią, kapami i muletami, pikadorzy i monosabios, menedżer torreadora (apoderato) oraz jego najbliżsi compañeros.


Kiedy kończy się barwna defilada i wszyscy uczestnicy korridy przy dźwiękach muzyki znikają z powrotem w bramie patio de caballos, oczy wszystkich zwracają się w stronę palco prezydencji, gdzie na koniach podjeżdżają sędziowie. Prezydent wręcza im klucze do torilu (najczęściej opuszcza je na kolorowym sznurku lub wrzuca je do kapelusza alguacila), a po chwili daje znak chusteczką, po czym rozlegają się dźwięki trąbek i oczy wszystkich zwracają się na bramę, z której za chwilę na arenę ma wypaść główny aktor korridy.

źródła: Korrida. Taniec i krew. J. Kasza
https://twitter.com/emmanuellerivas/status/644902382808248320 
http://www.labrede-montesquieu.fr/Feria-2013.html
https://bonjourparis.com/archives/easter-in-provencetienta-and-feria/
http://quintessences.unblog.fr/2014/11/12/la-corrida/

wtorek, 22 marca 2016

jak piękne jest nie ograniczanie się x]

zdarza mi się popadać w miłość do jakiegoś kraju; co pewien czas innego; nie znaczy to, że chwilowo - jak już raz coś mnie zachwyci, wracam później do tego, momentami dodając "do listy" coś nowego, jakiś drobiazg z danego kraju; czasami sama się tym zdumiewam [uwielbiam to zdumienie] bo jeszcze jakiś czas wcześniej nie pomyślałabym że akurat ten kraj tyle będzie dla mnie znaczył;
czasem poznaję go po kawałku co jakiś czas, czasem pochłaniam wszystko bez opamiętania;

wiem, że to czasem może dziwić; może nie sam fakt zachwycenia się innymi kulturami, tylko którąś konkretną; czasami sama się zastanawiam czy to dobrze, w końcu mamy swoją wspaniałą kulturę, którą trzeba pielęgnować; jednak po pewnym czasie zdałam sobie sprawę, że jedno nie wyklucza drugiego; piękna jest ta różnorodność, i o to właśnie chodzi, aby czerpać jak najwięcej łącząc inne ze swoją własną; to trochę jak z kolorami, można używać swojego znanego [czy ulubionego] jednego koloru czy dwóch, ale po co się ograniczać, skoro jest tyle innych barw; co więcej, barw, które pięknie się komponują z tym naszym ulubionym kolorem x]
dla mnie świat i jego kultury są jak te kolory; gdy raz je zobaczę, nie umiem już z nich zrezygnować;

dopiero jednak na spotkaniu z okazji Światowego Dnia Poezji zrozumiałam to, co czasem nie dawało mi spokoju; otóż bywało tak, że "weszłam" tak bardzo [zwłaszcza emocjonalnie] w kulturę jakiegoś kraju, że pokochałam go jak swój; oczywiście pojawiał się u mnie dylemat, czy to nie koliduje z moją miłością do ojczyzny; teraz wiem, że nie może, a nawet wręcz przeciwnie, ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam; 
i akurat na spotkaniu ktoś przeczytał fragment z Herberta, który całkowicie oddał to, co mnie tak dręczyło - 

"Istnieje ojczyzna szersza niż ojczyzna swojego kraju".

Myślę, że to jest kwintesencja moich dotychczasowych powiedzmy - doświadczeń. x]
i oby nie tylko moich x]

poniedziałek, 14 marca 2016

jak to jest z tym hymnem?

Wczorajszy wieczór poświęciłam na buszowaniu po ukraińskich księgarniach internetowych.
Głównie z ciekawości, żeby zobaczyć w jakich cenach są książki tych najsławniejszych u nas pisarzy - Andruchowycz i Żadan; chciałam się zorientować też, co do wysyłki.


Oczywiście z perspektywy naszego złotego, książki po cenach ukraińskich są tanie jak barszcz. 
[jak na stan dzisiejszy 1 złotówka polska kosztuje 6,66 hrywien ukraińskich, to nie żart xp];
Oto przykład, książka Serhija Żadana, za 49 грн. za którą wydalibyśmy w przeliczeniu 7,36zł.


Na pewno każdy z nas dobrze wie, że wszystko za wschodnią granicą jest tańsze; szczerze mówiąc dałam ten przykład bardziej dlatego, że może ktoś zainteresuje się książkami tego autora x]

Ale nie to mnie najbardziej zainteresowało; gdybym chciała w tej konkretnej księgarni kupić tą konkretną książkę, musiałabym sobie coś dobrać, gdyż wysyłki zaczynają się od 50 грн [taka karma xp]; więc zaczęłam szukać rzeczy drobnych o niskiej wartości, które można by sobie dobrać, żeby dobić do 50. I znalazłam to:


jest to plakat o pięknej obramówce, który zawiera słowa i nuty Hymnu ukraińskiego. W owej księgarni mamy do wyboru dwa wzory. W opisach możemy przeczytać:
  "Hymn Ukrainy" A2-istotny element wystroju wokół edukacji patriotycznej w przedszkolach, szkołach i innych instytucjach edukacyjnych.
  Plakaty z symbolami z Ukrainy są również używane we wnętrzu pomieszczenia różnych agencji rządowych i organizacji". 


Może to i nic dziwnego, ale czy ktoś spotkał się z czymś takim u nas [jako w oddzielnej zakładce na pasku wyboru produktów, które szukamy] i w dodatku powieszone w jakimś miejscu publicznym? Ja osobiście nie, więc postanowiłam sprawdzić co związanego z Hymnem można spotkać w naszych największych księgarniach, również internetowych.

W Gandalfie możemy znaleźć książkę "Hymny polskie", w Matrasie dostaniemy płytę cd z nagranymi trzema oficjalnymi wersjami Mazurka Dąbrowskiego oraz książkę - album Pieśń nieśmiertelna [książka wydana na pamiątkę kolejnej rocznicy powstania Hymnu Polskiego]; na PWNie dostaniemy Bogurodzicę w e-booku; na Świecie Książki niestety nic na ten temat.

I teraz, żebyśmy się dobrze zrozumieli, to nie jest porównanie. Po prostu zaciekawiła mnie taka forma rozpowszechniania słów Hymnu. Myślę, że u nas by się to przydało [jedni nauczyliby się słów, a inni nauczyliby się ich nie przekręcać]. Bardzo fajne jest to, że i u nas można znaleźć książki jak i płyty odnoszące się do naszego Hymnu. Ale lubię też podpatrywać jak to jest gdzie indziej, bo czasami niektóre rzeczy fajnie byłoby przenieść do nas x]

Jeśli chcecie, wypowiedzcie się w komentarzu, co o tym myślicie i co jeszcze może z innych krajów warto byłoby przenieść do nas? A jeśli nie, pomyślcie sobie sami co o tym sądzicie. Może ktoś z Was stanie się inicjatorem czegoś takiego x]

Oczywiście nie chodzi tu o sam plakat, który można nabyć i u nas na stronie planszedydaktyczne.pl x] Chodziło mi bardziej o ideę i powszechność takiego dodatku w życiu publicznym. Ale czy u nas nie byłoby to uznane już za obnoszenie się z patriotyzmem? 


http://erudyt.com.ua/ua/pechorna-o-grishnicia-xkd-1010282.html
 http://erudyt.com.ua/ua/plakaty/product-url-7422.html

sobota, 12 marca 2016

Strażnik trumny - Wenguang Huang


„Kiedy Wenguang Huang miał dziewięć lat, jego babcia zaczęła obsesyjnie myśleć o śmierci. Ponieważ lękała się kremacji, wymogła na rodzinie obietnicę, że zostanie pochowana. Ale w latach siedemdziesiątych w Xi’an, mieście w środkowych Chinach, wszelkie tradycyjne praktyki, w tym pogrzeby, były surowo zakazane. Babcia Huanga uparła się jednak i dwa lata później jego ojciec sprawił jej trumnę. Wyznaczył też swego najstarszego syna do roli jej strażnika. Przez następne piętnaście lat całą rodzinę pochłaniały przygotowania do pogrzebu babci, źródło nieustających napięć i sporów, którym towarzyszyło stałe niebezpieczeństwo przyłapania przez władze. Wiele lat po śmierci babci rodzinne perypetie związane z jej trumną wciąż nie pozwalają osobie zapomnieć. Liryczna i przejmująca, zabawna i rozdzierająca — Strażnik trumny to wielka opowieść o zwyczajnej rodzinie usiłującej przetrwać wśród zamętu i przemian.”

Pamiętacie, choćby z opisów, jak wyglądała nasza rzeczywistość podczas rządów komunistów? Jak dla nas bycie komunistą to nie było nic dobrego? A jak to było w Chinach?Jest ciekawie patrząc na ten ustrój z perspektywy innej kultury. Nawet jeśli bohater książki jest komunistą, nie musi to oznaczać, że jest czarnym charakterem. Oczywiście sam ustrój to nic dobrego, ale nie można winić ludzi za to, że chcą żyć spokojnie.
Okazuje się, że sprawa trumny, poruszana w książce, może być próbą swoich poglądów, przekraczania granic i gotowości podjęcia ryzyka dla dobra swojej rodziny. Może być dziwne, że prośba seniorki rodu była tak przełomowa, choć taka prosta. Ciężko też zrozumieć może decyzję ojca, który jednak decyduje się ustąpić matce, mimo że partia do której należy, ma inne zdanie. Wystarczy jednak popatrzeć na ich wspólną historię gdy jej syn był jeszcze mały, a ona musiała go ochronić przed otaczającym złem.
Wszystkie te rzeczy mają wpływ na autora, mimo iż wierzy, że to co robi jako młody komunista, ma sens. I jak na ojca ma wpływ prośba jego matki, tak na syna mają wpływ m.in. trumna ukryta przy łóżku Wenga czy znalezione w szufladzie ojca opery pekińskie. Wydaje się, że to takie błahe – nic bardziej mylnego. Okazuje się, że sztuka także ma duży wpływ na człowieka. Wyobraźnia zostaje poruszona i pociąga bardziej niż suche i górnolotne przemowy partii.
Historia nabiera tempa, program partii zaczyna blednąć. Zaczynają się rozruchy studenckie, również jak u nas, krwawo tłumione. Informacje w mediach za sprawą władz nie docierają, albo docierają z opóźnieniem.
Powoli kolejni ludzie zaczynają odchodzić. Miejsce ich pochówku nie jest bez znaczenia.
Jaka jest puenta? I czy można mówić o puencie, gdy mówimy o czyichś wspomnieniach?

Książka jest napisana bardzo ciekawie, zwłaszcza, że są to wspomnienia. Poznajemy kilka historii, które łączą się w jedno.
Książka jest rewelacyjna, poruszająca wiele tematów, dzięki czemu czytelnik ma szansę zastanowić się nad każdym z nich, jak to jest u nas; oraz nad tym czy naprawdę jest między naszymi kulturami taka wielka różnica, gdy chodzi o rzeczy ostateczne jak śmierć czy fundamentalne jak wolność, szeroko rozumiana. Polecam baardzo gorąco. Książka jest dostępna w naszej bibliotece głównej.

Te też są fajne: